Są drogi, na które trzeba iść, gdy tylko trafią się odpowiednie warunki. Żleb Stanisławskiego na Jaworowym Szczycie zdecydowanie do nich należy. Dolina Jaworowa to jedna z dłuższych dolin tatrzańskich – samo dojście spod parkingu pod start drogi to około 10 km marszu w śniegu.
Tydzień przed naszym wspinaniem w Tatrach przeszedł solidny opad śniegu, a silny wiatr dodatkowo go przewiał. Z tego powodu zdecydowaliśmy się na podejście na nartach – i była to jedna z lepszych decyzji tego dnia. Po drodze minęliśmy zespół Słowaków, który wycofał się około 2 km przed Żabi Jaworowy Staw. Szli bez nart i zapadali się w śniegu po pachy. Przez chwilę sami zastanawialiśmy się, czy nie zostawić nart, ale szybko okazało się, że to one uratowały całe przejście.
Jeśli Żleb Stanisławskiego jest w dobrej kondycji i pogoda sprzyja, bywa pięknie wylany lodem i firnem, co czyni go jedną z najbardziej estetycznych dróg zimowych w Tatrach. Gdy warunków brakuje – lepiej się na nią nie wybierać, bo może zamienić się w męczącą i niebezpieczną „dłubaninę”.
Informacje o drodze
- długość: ok. 550 m
- trudności: 6+ (subiektywnie odczuliśmy M5+)
- pierwsze przejście: 1932 r., Wiesław Stanisławski i Paweł Vogel
- pierwsze przejście zimowe: Jan Červinka i František Pusta
Pod koniec ubiegłego roku droga miała kilka przejść, a także na początku obecnego sezonu, dlatego nasz wybór padł właśnie na ten klasyk. Razem z Bartkiem Żytkiewiczem ruszyliśmy do Doliny Jaworowej, by zmierzyć się z tą zimową legendą.
Bartłomiej Żytkiewicz
Fajna droga, polecam wszystkim średnio zaawansowanym wspinaczom, którzy mają już trochę narobionych metrów, a chcieliby zrobić coś w stylu alpejskim.
Przebieg dnia
Z parkingu wystartowaliśmy o 6:00 rano. Po około 4 godzinach byliśmy nad Żabim Jaworowym Stawem. Droga startuje tuż nad stawem i prowadzi charakterystycznym żlebem prosto na szczyt, więc nie mieliśmy żadnych problemów z orientacją – topo nawet nie było potrzebne.
Pierwsze dwa wyciągi prowadzą żlebem z rozległymi polami firnowymi. Po drodze można znaleźć stare haki, jednak warto mieć:
- 3–4 własne cienkie haki
- 2 krótkie śruby lodowe
Drugi wyciąg kończy się na polu śnieżnym – stanowisko założyliśmy po lewej stronie. Stąd ruszyliśmy na lotnej asekuracji aż pod kopułę szczytową, gdzie droga rozdziela się na dwa warianty: oryginalny w lewo, żlebem do szczerbiny, oraz wariant na wprost.
Ostatni odcinek na szczyt również pokonaliśmy na lotnej – twardy, wywiany śnieg i dobrze związany firn pozwoliły na szybkie i płynne wspinanie.
Całą drogę pokonaliśmy w czasie 4 godzin i 30 minut.
Sprzęt
- lina 60 m
- mechaniki 0.2–1, rozszerzone o offsety
- zestaw kości offsetowych
- 3 cienkie haki
- 3 śruby lodowe (żółte)
Gdybym miał iść jeszcze raz – nic bym nie zmieniał w zestawie.
Szczyt i zejście
Na wierzchołku przywitała nas złota godzina – słońce powoli chowało się za horyzontem. Po krótkim popasie, spakowaniu sprzętu i kilku zdjęciach rozpoczęliśmy zejście.
Zejście prowadzi Siwym Żlebem do Jaworowej Przełęcz, a następnie skalną ławką z podciętą ścianą w kierunku Lodowej Przełęczy i dalej do Doliny Jaworowej. W tym miejscu trzeba zachować szczególną ostrożność – przy słabych warunkach śnieżnych lepiej się przyasekurować lub całkowicie zrezygnować z zejścia tą drogą. My asekurowaliśmy się – śniegu było dużo, miejscami po pas, ale możliwości osadzania asekuracji nie brakowało.
Zejście ze szczytu do miejsca, gdzie zostawiliśmy narty, zajęło nam około 2 godzin.
Powrót
Powrót na parking to już czysta przyjemność – długi, bajeczny zjazd na nartach, kilka wywrotek, trochę „foczenia” przez kosówki i po kolejnych 2 godzinach byliśmy przy samochodzie.
Cała akcja – od samochodu do samochodu – zajęła nam 14 godzin.
Jak mawia klasyk: „kawał ciężkiej, zupełnie niepotrzebnej roboty” – ale jakże satysfakcjonującej.
Leon Dobrzański
Żleb Stanisławskiego w wyśnieżonych warunkach to bardzo fajna przygoda w odległym zakątku Tatr. Długa w umiarkowanych trudnościach za to z niebanalnym zejściu wyprowadza na jeden z bardziej wybitnych tatrzańskich wierzchołków.















