Są góry, które przyciągają samym wyglądem. Wystarczy zobaczyć je raz na zdjęciu i od razu gdzieś z tyłu głowy pojawia się myśl: kiedyś muszę tam pojechać. Dla mnie jedną z takich gór od dawna było Alpamayo – charakterystyczna, niemal idealna piramida wznosząca się w peruwiańskiej Cordillera Blanca.
Kiedy w 2021 roku wspinałem się w Peru, wiedziałem już, że jeśli wrócę w ten rejon, Alpamayo znajdzie się wysoko na mojej liście celów. Okazja pojawiła się podczas zgrupowania Polskiego Himalaizmu Sportowego oraz Grupy Młodzieżowej PZA. Dziesięcioosobowa grupa wspinaczy z Polski i Słowacji ruszyła do Cordillera Blanca, żeby zdobywać doświadczenie wspinaczkowe, logistyczne i wysokościowe.
Naszą bazą było Huaraz, położone na wysokości około 3050 m n.p.m. To świetne miejsce do organizowania działalności w Cordillera Blanca – można stąd łatwo dostać się w wiele dolin, zorganizować transport, zrobić zakupy i rozpocząć aklimatyzację.
Najpierw aklimatyzacja
Pierwszych kilka dni po przylocie przeznaczyliśmy właśnie na spokojne przyzwyczajanie organizmów do wysokości.
Już samo Huaraz daje się odczuć osobie, która jeszcze niedawno znajdowała się niemal na poziomie morza. Dlatego zamiast od razu ruszać wysoko w góry, robiliśmy jednodniowe wyjścia i wracaliśmy na noc do miasta.
Jednym z pierwszych celów była Laguna Churup, położona na wysokości około 4450 m n.p.m. To bardzo popularna wycieczka aklimatyzacyjna w okolicy Huaraz. Podejście jest wystarczająco długie, żeby sprawdzić reakcję organizmu na wysokość, ale jednocześnie można tego samego dnia wrócić niżej i dobrze się zregenerować.
Kolejnego dnia postanowiliśmy wejść jeszcze wyżej. W rejonie Nevado Churup dotarliśmy na wysokość około 5000 metrów, a noc spędziliśmy niżej, na około 4100 m.
Dopiero po tych pierwszych dniach uznaliśmy, że możemy rozpocząć właściwe podejście pod Alpamayo.
Dziś dodałbym do tego jedną ważną uwagę: takiego harmonogramu nie należy kopiować bez zastanowienia. Każdy organizm reaguje na wysokość inaczej i znacznie ważniejsze od realizowania rozpiski dzień po dniu jest obserwowanie własnego samopoczucia.
Cashapampa i początek trekkingu
Po dniu odpoczynku i organizacji sprzętu ruszyliśmy z Huaraz w stronę Cashapampa – miejscowości, z której rozpoczyna się podejście doliną Santa Cruz.
Najpierw pojechaliśmy lokalnym busem do Caraz, a stamtąd kolejnym transportem do Cashapampa. To właśnie tutaj kończy się wygodna logistyka, a zaczynają góry.
Ciężką część sprzętu postanowiliśmy wysłać do bazy na osiołkach. Z perspektywy całej wyprawy była to bardzo dobra decyzja. Sprzętu na kilkanaście dni działania w górach jest sporo: namioty, jedzenie, kawa, gaz, liny, raki, czekany i całe wyposażenie biwakowe.
Oczywiście można wnieść wszystko samemu, ale warto zadać sobie pytanie, czy naprawdę chcemy zużyć dużą część sił jeszcze zanim rozpocznie się właściwa wspinaczka.
Ceny transportu i wynajmu osiołków zmieniają się z roku na rok, dlatego nasze koszty z tamtej wyprawy nie są dziś szczególnie użytecznym punktem odniesienia. Warto ustalać je bezpośrednio na miejscu lub przed wyjazdem z lokalną agencją.

Dolina Santa Cruz przepiękny trekking do bazy pod Alpamayo
Ponieważ pierwszą część aklimatyzacji zrobiliśmy wcześniej w okolicach Huaraz, trekking do bazy Alpamayo skróciliśmy z typowych trzech dni do dwóch.
Dolina Santa Cruz okazała się dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażałem – długa, otoczona stromymi ścianami i pełna ogromnych bloków skalnych.
Pierwszego dnia dotarliśmy w okolice jeziora Jatuncocha, gdzie rozbiliśmy namioty.
Wieczór był jednym z tych momentów, które później pamięta się równie dobrze jak samą wspinaczkę. Namioty nad jeziorem, gotowanie jedzenia, gwiazdy nad doliną i rozmowy z naszym arriero, z którym porozumiewaliśmy się bardziej gestami niż słowami.
Następnego ranka szybko zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy dalej.
Po południu dotarliśmy do miejsca, w którym większość zespołów zakłada bazę pod Alpamayo. Rozstawiliśmy namioty w pobliżu strumienia i niemal od razu zaczęliśmy myśleć o kolejnym etapie.
Zamiast odpoczywać do końca dnia, spakowaliśmy część sprzętu i wynieśliśmy depozyt w stronę moreny lodowca, mniej więcej na wysokość 5000 metrów.
Zostawiliśmy tam wysokogórskie buty, sprzęt wspinaczkowy i część jedzenia.
Dzięki temu następnego dnia mieliśmy nieco mniej do niesienia.

Droga przez lodowiec do High Camp
Kolejny dzień oznaczał rozpoczęcie właściwej działalności wysokogórskiej.
Po dojściu do depozytu zmieniliśmy buty, założyliśmy raki, uprzęże i związaliśmy się liną.
Od tego momentu kończył się trekking.
Przed nami był lodowiec i przejście w kierunku High Camp.
W trakcie podejścia przypomnieliśmy sobie również procedury poruszania się po lodowcu i ratownictwa szczelinowego. To rzeczy, które zdecydowanie lepiej przećwiczyć wcześniej niż uczyć się ich pierwszy raz tutaj.
Wysokość zaczynała być wyraźnie odczuwalna. Tempo spadło, co jakiś czas zatrzymywaliśmy się na złapanie oddechu, a każdy kolejny krok kosztował coraz więcej.
Po kilku godzinach dotarliśmy do High Camp, położonego na lodowcu mniej więcej na wysokości 5400–5500 metrów.
Razem z nami znajdowało się tam kilka innych zespołów, ale na szczęście nie było tłoczno.
Wieczorem dostaliśmy jeden z tych spektakli, dla których jedzie się w wysokie góry. Zachodzące słońce zmieniało kolory śniegu i lodu, a Alpamayo wyglądało dokładnie tak, jak na zdjęciach, które przez lata oglądałem przed wyjazdem.

Pierwszy nocleg w High Camp
Naszym planem nie było jeszcze wejście na szczyt.
High Camp potraktowaliśmy jako element aklimatyzacji. Zamierzaliśmy przespać tutaj jedną noc, a następnego dnia zejść z powrotem do bazy.
Dla Bartka i Piotrka była to pierwsza noc na takiej wysokości.
W nocy wysokość dała o sobie znać. Bartek poczuł się gorzej i zwymiotował. Wtedy uznaliśmy, że przyczyną był przede wszystkim bardzo obfity posiłek zjedzony późnym wieczorem, ale przy takich objawach zawsze trzeba brać pod uwagę również wpływ wysokości.
To jedna z rzeczy, które warto zapamiętać: na 5000 metrów i wyżej organizm funkcjonuje inaczej. Apetyt często spada, trawienie zwalnia i zdecydowanie lepiej sprawdzają się mniejsze porcje jedzenia spożywane częściej.
Następnego ranka zostawiliśmy część sprzętu w High Camp i zeszliśmy do niższego obozu.
Przed nami były dwa dni odpoczynku.

Z powrotem do High Camp
Po regeneracji ruszyliśmy ponownie do góry.
Tym razem różnica była ogromna.
Podejście, które kilka dni wcześniej wymagało częstych postojów i walki o każdy krok, teraz szło znacznie sprawniej. Noc spędzona wysoko zrobiła swoje.
Mimo to pilnowaliśmy tempa. Na tej wysokości bardzo łatwo przesadzić – kilka zbyt szybkich minut marszu potrafi skończyć się długim łapaniem oddechu.
Po dotarciu do High Camp rozpoczęliśmy przygotowania do ataku szczytowego.
Spakowaliśmy plecaki, przygotowaliśmy sprzęt i już około godziny 17:00 znaleźliśmy się w śpiworach.
Następny dzień miał rozpocząć się jeszcze poprzedniego wieczoru.

Pobudka o 23:00 i atak szczytowy
Budzik zadzwonił o godzinie 23:00.
Szybkie śniadanie, ubieranie, sprawdzanie sprzętu i wychodzimy.
Od początku poruszamy się związani liną. Droga pod południowo-zachodnią ścianę Alpamayo prowadzi przez lodowiec poprzecinany szczelinami.
Temperatura spadała mniej więcej do -15°C.
Po kilku godzinach docieramy pod ścianę.
Jednym z pierwszych problemów jest szczelina brzeżna. Jej wygląd zmienia się każdego sezonu i czasami samo znalezienie dobrego miejsca do wejścia w ścianę może być poważnym problemem.
Naszym pierwotnym celem była droga Ferrari.
Około drugiej w nocy ruszyłem jako pierwszy.
Przejście przez szczelinę brzeżną prowadziło po niewielkim śnieżno-lodowym bloku. Później zaczynała się właściwa ściana.
Pierwsze metry wyglądały całkiem dobrze, ale szybko okazało się, że warunki będą dalekie od idealnych.

Kopanie zamiast wspinania
W stromych rynnach zalegało dużo miękkiego śniegu.
Momentami zapadałem się bardzo głęboko, a możliwości zakładania dobrej asekuracji były ograniczone.
Po około trzydziestu metrach skończyła się lina. Założyłem stanowisko z tego, co udało się znaleźć w zastanych warunkach.
Po chwili ruszyli chłopaki.
Pod Bartkiem zarwał się fragment mostu śnieżnego i na moment zawisł na linie. Stanowisko wytrzymało i mogliśmy kontynuować wspinaczkę.
Kolejne wyciągi wyglądały podobnie – dużo kopania, mało dobrego lodu i sporo wysiłku przy zakładaniu asekuracji.
Właśnie wtedy zaczęliśmy zastanawiać się, czy trzymanie się naszego pierwotnego planu ma jeszcze sens.
Obok znajdowała się znacznie bardziej uczęszczana linia. W tamtych warunkach wyglądała zdecydowanie rozsądniej.
Po kilku godzinach zdecydowaliśmy się trawersować w jej kierunku.
Była to dobra lekcja przypominająca jedną z podstawowych zasad wspinania w górach: plan jest ważny, ale jeszcze ważniejsza jest umiejętność jego zmiany.
Nie ma żadnej nagrody za uparte trzymanie się drogi, która danego dnia znajduje się w złych warunkach.
Ostatnie metry
Po wejściu na bardziej uczęszczaną linię wspinaczka zaczęła iść znacznie sprawniej.
Śnieg był lepiej związany, więcej było twardego lodu, a kolejne metry znikały szybciej.
Tuż przed wierzchołkiem wyprzedziliśmy jeszcze jeden zespół.
Końcówka Alpamayo była dokładnie taka, jakiej oczekiwałem po peruwiańskich górach – fantastyczne śnieżne formacje i charakterystyczny szczytowy grzyb.
Po wielu godzinach działania wreszcie stanęliśmy na wierzchołku.
Razem z Bartoszem Zielonackim i Piotrem Kowalczykiem osiągnęliśmy szczyt Alpamayo około godziny 10:00 rano.
Miało to być przede wszystkim wyjście aklimatyzacyjne.
Wyszło z tego naprawdę solidne wspinanie.
Po wszystkim żartowaliśmy, że zrobiliśmy nasze własne „Grande Traverso Polaco na Alpamayo”.

Szczyt to dopiero połowa roboty
Na wierzchołku nie można jednak zapominać o jednym: trzeba jeszcze zejść.
Rozpoczęliśmy serię zjazdów w dół ściany.
Przy dużej liczbie zespołów trzeba tutaj szczególnie uważać. Zrzucenie lodu może być niebezpieczne dla osób znajdujących się niżej, a zmęczenie po kilkunastu godzinach działania sprzyja prostym błędom podczas obsługi sprzętu.
Zjazdy poszły nam sprawnie.
Po przejściu lodowca około godziny 14:00 znaleźliśmy się ponownie w High Camp.
Krótki odpoczynek, jedzenie i decyzja: schodzimy jeszcze niżej.
Tego samego dnia dotarliśmy do bazy.
Był to jeden z tych dni, podczas których trudno później policzyć, ile dokładnie godzin człowiek był w ruchu.
Zmęczenie było ogromne, ale satysfakcja jeszcze większa.

Powrót do Cashapampa
Następnego ranka czekał już na nas nasz arriero z osiołkami.
Spakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy w dół.
Tym razem plecaki były lekkie, większość wyposażenia pojechała na zwierzętach, a z każdym kolejnym metrem wysokości oddychało się coraz łatwiej.
Po wielu dniach na 4000 i 5000 metrów zejście doliną dawało niesamowite poczucie mocy.
Do Cashapampa dotarliśmy około 13:30.
Pierwszym celem była oczywiście restauracja przy szlaku.
Pstrąg i zimne piwo smakowały wtedy zdecydowanie lepiej niż większość rzeczy, które jadłem przez poprzednie kilkanaście dni.
Jeszcze tego samego dnia wróciliśmy do Huaraz.
Moje przemyślenia po wyprawie?
Alpamayo miało być dla nas jednym z etapów aklimatyzacji przed dalszą działalnością w Cordillera Blanca. Szybko przypomniało jednak, że wysokość szczytu mówi bardzo niewiele o jego trudnościach.
Niecałe 6000 metrów może brzmieć niepozornie przy innych andyjskich górach, ale Alpamayo jest pełnoprawnym technicznym celem.
Największe znaczenie miały dla nas dobra aklimatyzacja, doświadczenie we wspinaczce lodowej, sprawne poruszanie się po lodowcu i gotowość do zmiany planu, kiedy warunki na wybranej przez nas linii okazały się słabsze, niż oczekiwaliśmy.
Jeżeli ktoś planuje wyjazd na Alpamayo, zdecydowanie polecam wcześniej zdobyć doświadczenie w stromym lodzie, przećwiczyć ratownictwo szczelinowe i zarezerwować odpowiedni zapas czasu.
Warunki na tej górze mogą zmieniać się bardzo szybko. Droga, która w jednym sezonie jest popularna i dobrze wylodzona, w kolejnym może wyglądać zupełnie inaczej.
Nie warto więc traktować żadnego opisu – również tego – jako instrukcji wejścia krok po kroku.
To raczej zapis tego, jak Alpamayo wyglądało dla nas w konkretnym momencie.
Dla mnie była to góra, która chodziła mi po głowie od pierwszej wizyty w Peru.
I zdecydowanie nie zawiodła.
Bartek, Piotrek – dzięki za wspólną wspinaczkę i tę przygodę. Takie dni zostają w pamięci na długo.
Wielkie podziękowania należą się Polskiemu Związkowi Alpinizmu oraz Ministerstwu Sportu i Turystyki za wsparcie i pomoc w organizacji wyprawy do Peru.
Jeśli planujesz wyprawę w Peru i szukasz sprawdzonego wsparcia na miejscu, polecam lokalną agencję ANDEAN KINGDOM.



