Czasem plan wyprawy trzeba zmieniać z dnia na dzień. Tym razem skończyło się na południowej ścianie Ranrapalca (6162 m), gdzie w 26 godzin od namiotu do namiotu wytyczyliśmy nową drogę Apu Rimak o trudnościach TD, M4+, WI4.
Po ponad pięciu latach wróciłem do Peru w ramach Polskiego Himalaizmu Sportowego. Tym razem w trochę innym składzie: większość naszego dziesięcioosobowego zespołu stanowili członkowie Grupy Młodzieżowej PZA. Pod okiem bardziej doświadczonych kolegów zbierali doświadczenie i uczyli się wspinania oraz przebywania na dużych wysokościach.
Moimi partnerami byli Bartosz Zielonacki i Piotr Kowalczyk. W pierwszych tygodniach wyprawy aklimatyzowaliśmy się razem na Alpamayo (5947 m n.p.m.). To był świetny czas w miłym towarzystwie. Każdy mógł na własnej skórze przekonać się, jak wysokość wpływa na organizm i z czym wiąże się wspinanie na 5–6 tysiącach metrów. Jedni znosili to wyśmienicie, inni trochę gorzej.
Peru po pięciu latach
Peru wygląda, jakby przez ten czas prawie nic się w nim nie zmieniło. Architektura i infrastruktura stoją w miejscu, tylko w e-płatnościach widać duży skok. Czas jakby tu zamarł i właśnie to mnie urzeka. Góry są puste i dzikie, infrastruktura w górach słabo rozwinięta, można poczuć się naprawdę samotnie. A po paru godzinach wracasz do cywilizacji, siadasz w restauracji i jesz porządny obiad.
Plany zmieniają się z dnia na dzień
Po aklimatyzacji plany zmieniały się niemal codziennie. Dostawaliśmy różne informacje o warunkach na szczytach w Cordillera Blanca. W tym roku El Niño był największy od początku pomiarów, a izoterma sięgała 6000 m n.p.m. Wszystko się topiło, a tam, gdzie pięć lat temu leżał śnieg i lód, nie było po nich śladu.
Jednym z naszych celów była południowo-wschodnia ściana Hualcanu. Biegną nią obecnie cztery drogi, a potencjał na nowe jest naprawdę duży. Po dniu przedzierania się przez dżunglę dotarliśmy do moreny czołowej lodowca na wysokości 4850 m. Okazało się, że lodowiec jest tak mocno uszczelinowiony, że jego pokonanie będzie dużym i niebezpiecznym wyzwaniem. Dochodziły do tego lawiny schodzące ścianą i obrywające się seraki. Po biwaku zrezygnowaliśmy z tego celu ze względów bezpieczeństwa, wróciliśmy do Huaraz i zmieniliśmy plan.
Zmiana składu i nowy cel
Po dwóch dniach w zespole zaszły drobne zmiany. Piotr pojechał wspinać się letnio z Leonem, a do mnie i Bartosza dołączył Wojtek Bojanowski, świeża krew w polskim himalaizmie sportowym. Wojtek też wcześniej odbił się z Leonem od swojego celu: nowej drogi na południowej ścianie Ranrapalki, szczytu, na którym sam byłem pięć lat temu.
Po dość długiej dyskusji i żonglowaniu celami (Santa Cruz czy Ranrapalca?) wybraliśmy południową ścianę Ranrapalki. Była najbliżej, a pogoda miała być stabilna przez kilka najbliższych dni, potem miała się załamać.
Dzień pierwszy: nocą do doliny Palcacocha
Szybki przepak, w trzech muszkieterów obejrzeliśmy jeden z ostatnich meczów mistrzostw świata i pojechaliśmy do wejścia do doliny Palcacocha. Po 10 km trekkingu nocą, tylko przy świetle gwiazd i księżyca, dotarliśmy do pierwszego biwaku. Rozpaliliśmy ognisko, noc była przepiękna. Po kolacji szybko wskoczyliśmy do śpiworów.

Pierwszy biwak w dolinie Palcacocha
Dzień drugi: pod ścianę
Ze wstawaniem się nie spieszyliśmy. Powoli i ociężale zebraliśmy się rano, zjedliśmy śniadanie. Podejście było tego dnia krótkie, ale przewyższenie znacznie większe niż dzień wcześniej. Po dwóch godzinach marszu dotarliśmy nad piękne błękitne jeziorko i rozbiliśmy namiot.

Dolina Palcacocha w drodze pod południową ścianę
Z Wojtkiem zrobiliśmy szybki przepak, spakowaliśmy szpej i podreptaliśmy pod południową ścianę Ranrapalki, jakieś 2 h marszu. Bartek tym razem został, coś źle się czuł. Pod ścianą zrobiliśmy rekonesans, jak bezpiecznie przejść w nocy przez lodowiec, i zostawiliśmy depozyt, żeby nocą iść pod ścianę na lekko. Udało się też wyznaczyć potencjalny przebieg nowej drogi, którą mieliśmy wspinać następnego dnia. W drodze powrotnej wytyczyliśmy ścieżkę i poukładaliśmy kopczyki z kamieni, żeby w nocy łatwiej było się po niej poruszać.
Dzień trzeci: 26 godzin od namiotu do namiotu
Przed nami długi dzień wspinaczkowy. Jest 23:00, budzimy się i ociężale wyłazimy ze śpiworów. Wojtek i ja czujemy się super, Bartek zgłasza lekką niedyspozycję. Wciskamy w siebie jedzenie, ubieramy się i przy czołówkach ruszamy pod lodowiec.
Dojście nie jest trudne, idzie się po poziomicy. Ale to teren polodowcowy, pełen dużych głazów i wygładów lodowcowych, więc trzeba iść ostrożnie i wypatrywać kopczyków, żeby nie zgubić drogi w tym niewdzięcznym terenie. Po dwóch godzinach marszu jesteśmy przy depozycie, zabieramy sprzęt i idziemy pod miejsce, w którym będziemy przekraczać lodowiec, co zajmuje nam jeszcze ponad godzinę. Tam szybkie przepakowanie i oszpejenie.
Wiążemy się liną w zespole trójkowym. Idę na szpicy i co jakiś czas zerkam w telefon, czy dobrze idziemy. W nocy lodowiec wygląda poważniej i groźniej niż w dzień, trzeba mocno się skupić, żeby się nie zgubić. Ogólnie idzie się dobrze: lód twardy, śnieg zmrożony, tylko miejscami zapadam się po pas. Po dwóch godzinach meandrowania między szczelinami dochodzimy do szczeliny brzeżnej i tu zaczynamy się wspinać.

Nocą lodowiec wygląda groźniej niż w dzień
Podchodzę pod pierwsze spiętrzenie skalne, zakładam stanowisko i ściągam Bartosza z Wojtkiem. Tu Wojtek mnie zmienia, po ponad dwóch godzinach przedzierania się przez lodowiec. Bartek mimo lekkiej niedyspozycji daje radę i idzie dalej. Teren nie jest trudny: śnieg do 75° i mixtowy teren do M4 na początku pozwalają nam sprawnie się poruszać. Wspinamy się blokowo. Po około 200 m Wojtka zmienia Bartosz i prowadzi teren śnieżny 65° w dość twardym śniegu, kompletnie bez asekuracji. Tylko raz na jakiś czas wbija szablę śnieżną. Staramy się poruszać symultanicznie, bo przed nami kawał ściany.

Świt w ścianie
Po kolejnych 200 m zmieniam Bartosza i teren robi się coraz bardziej stromy. Łydki zaczynają mnie piec, bo śnieg jest twardy i poprzeplatany lodem do WI3. Chłopaki jakby zwolnili i nie pozwalają mi się rozpędzić. Co jakiś czas wołam „luz na linie” i widzę, że obaj opierają głowy o ścianę i łapią oddech. Jesteśmy na 5900 m. Ja też muszę się co jakiś czas zatrzymywać, żeby wyrównać tętno, żeby mnie nie przytkało. Pięć lat temu na północnej ścianie tej góry czułem się jak ryba bez wody i o mały włos nie wpadłem w panikę.
Pokonując kolejne metry, całkowicie wypstrykałem się z asekuracji. Wojtek zgłasza mi niedyspozycję Bartka i każe założyć stanowisko. Po kolejnych 30 minutach wspinaczki robię je na około 6000 m n.p.m., tuż pod lodospadem. Do grani szczytowej mamy jeszcze ze sto parę metrów.
Stanowisko buduję z ucha lodowego i ostatniej śruby, ściągam do siebie chłopaków. Bartek nie wygląda za dobrze. Widać, że jest odwodniony i zmęczony, bo przez cały dzień nic nie jadł, nie miał apetytu. Szybki przegląd sytuacji: wygląda, jakby mu się baterie wyczerpały. Odpalam kuchenkę, topimy śnieg, nawadniamy go ciepłymi elektrolitami i dajemy mu żele energetyczne. Na takiej wysokości żele wchłaniają się niesamowicie i nie wyobrażam sobie wyprawy w wysokie góry bez nich.
W międzyczasie robimy z Wojtkiem porządek w sprzęcie. Wojtek się szpeji i rusza lodospadem. Bartek jakoś dochodzi do siebie i mówi, że może iść dalej. Po 30 minutach ruszamy za Wojtkiem i podchodzimy pod kopułę szczytową. Wojtek patrzy na mnie z uśmiechem i pyta, czy poprowadzę ostatni odcinek. Wie, na co mnie puszcza, bo dwa tygodnie wcześniej sam przedzierał się przez nawisy śnieżne na Oshapalce.

Lodowy odcinek drogi
Biorę sprzęt i bez marudzenia cisnę do góry po kruchym lodzie i słabym śniegu, w terenie do WI4. Na szczęście przyroda jest łaskawa i nawisów nie ma, ale wyjście z lodospadu na śnieżne zbocze jest dość ryzykowne. Udaje się. Po kolejnych 30 m docieram do grani, zakładam stanowisko z dwóch szabli śnieżnych i ściągam chłopaków. Szczęśliwi stajemy na grani szczytowej.

Na grani szczytowej
Zejście
Tu dopiero zaczęła się przygoda.
Zejście z Ranrapalki biegnie południowo-wschodnim zboczem. Żeby się tam dostać, trzeba wykonać dwa zjazdy na lodowiec pod szczytem, pokonać go i dopiero wtedy zacząć właściwe zjazdy. W tych warunkach było to szalenie niebezpieczne. Nawisy śnieżne na grani były tak wielkie i popękane, że poruszanie się po nich byłoby czystym szaleństwem, a przejście przez lodowiec zasypany śniegiem po pas dawało perspektywę niezłej wtopy. Samo zejście ze szczytu zajęłoby nam na pewno z 12 godzin.

Grań szczytowa we mgle
Zaproponowałem zjazd linią drogi, która wydawała mi się najbezpieczniejszym sposobem wydostania się ze szczytu. Chłopaki z początku nie byli za. Gdy jednak przeszliśmy granią w jedną i drugą stronę, stało się jasne, że zjazd na lodowiec to szaleństwo. Po krótkiej dyskusji zaczęliśmy zjeżdżać linią drogi. Argumenty były przekonujące: znamy linię zjazdu, jest w miarę bezpieczna, a przejście przez lodowiec też już znamy.
Zostało nam tylko zjechać 750 m w dół. Zjazdy były wymagające, bo musieliśmy zakładać stanowiska tracone, śnieżne albo w lodzie, czyli abałaki. W 5 godzin zrobiliśmy 19 zjazdów i zostawiliśmy dwa repsznury i dwie kości. Można powiedzieć, że po taniości.

Zjazdy linią drogi
Pozostało pokonać lodowiec i dojść do namiotu, a droga powrotna była tak męcząca, że co 200 m zatrzymywaliśmy się, żeby na chwilę zmrużyć oko. O 2:00 zameldowaliśmy się w namiocie i bez zastanowienia wpakowaliśmy się do śpiworów. Cała akcja zajęła nam 26 godzin od namiotu do namiotu.
Apu Rimak w skrócie
Drogę nazwaliśmy Apu Rimak („Głos Ducha Góry”).

Przebieg drogi Apu Rimak na południowej ścianie Ranrapalca
- Trudności: TD, M4+, WI4, 65°, max 85°
- Deniwelacja: ok. 750 m
- Data przejścia: 13 lipca 2026
- Przebieg: droga prowadzi na grań szczytową, bez wejścia na szczyt
- Zespół: Wojtek Bojanowski, Krzysztof Zabłotny, Bartosz Zielonacki


